Piękna Austria – Schladming, Hallstatt, Dachstein, Saltzburg i Wiedeń

Stwierdziłam, że muszę zostawić na blogu jakiś pamiątkowy wpis z podróży do Austrii, bo to była przepiękna podróż!

Co robiliśmy w Austrii?

Przyjechaliśmy do Austrii na wesele kuzyna mojego męża i spędziliśmy tam tydzień z rodzeństwem P.

Aż do samego wyjazdu nie mieliśmy pewności czy będziemy jeździć na nartach czy nie. Kiedy uzgadnialiśmy pierwsze szczegóły wyjazdu w lipcu to byliśmy przekonani, że w listopadzie będzie już sezon narciarski. Jednak, ze względu na to, że to była pierwsza połowa listopada, bo to wesele zdeterminowało czas podróży, Austriacy dopiero szykowali się do sezonu. Większość tras była zamknięta, jedyna oddalona od Nas o mniej więcej godzinę to był krótki odcinek czerwonej trasy. Dopiero w trakcie naszego pobytu w Austrii spadł porządny śnieg i pewnie za chwilę wszystko ruszyło. Będąc na miejscu zdecydowaliśmy więc, że mamy czas by podjechać także do Wiednia. Dzień przed wyjazdem do stolicy „utknęliśmy” natomiast w hotelu, bo całą noc i dzień padał taki śnieg, że nie było sensu gdziekolwiek wychodzić. Górski spacer mógłby być niebezpieczny.

Ten wpis będzie raczej fotorelacją niż przewodnikiem, ponieważ to był bardzo luźny wyjazd. Mam na myśli to, że nie zwiedzaliśmy od rana do wieczora. Potraktowaliśmy ten czas bardziej rekreacyjnie i relaksacyjnie. Wstawaliśmy o 7, żeby pójść na basen i wyruszaliśmy gdzieś ok. 10 nie zakładając zbyt intensywnego harmonogramu, tak żeby wieczorem mieć jeszcze sporo czasu na relaks w saunie czy Netflixa. Gdybyśmy byli sami to z pewnością wyglądało by to bardziej intensywnie, ale finalnie cieszę się, że udało mi się przez ten tydzień w Austrii porządnie odpocząć.

Kolejna kwestia jest taka, że przemieszczaliśmy się wszędzie samochodem. Jako pasażer nie uczestniczyłam w procesie planowania przejazdów, bo zajmował się tym P. i jego brat.

Koniec końców pokażę Wam zdjęcia z 5 miejsc, które odwiedziliśmy. Przygotujcie się na piękne widoki!

Schladming

To właśnie w Schaldming nocowaliśmy przez tydzień. To małe miasteczko położone w przepięknym górskim otoczeniu, więc to również typowo narciarska baza wypadowa. Jest największym regionem narciarskim w Styrii  – można jeździć na nartach aż w 7 ośrodkach. W ciepłych miesiącach oczywiście główną atrakcją są z kolei górskie wycieczki. Kiedy przyjechaliśmy to Schladming wyglądało jeszcze bardzo jesiennie, ale w kilka dni zrobiło się naprawdę zimowo. W samym miasteczku jest sporo restauracji i to głównie tam jadaliśmy i spacerowaliśmy po powrocie z innych miejsc. Jak piękne są trasy w Schladming przekonaliśmy się robiąc sobie wycieczkę w górę Planai – najpierw samochodem, a potem pieszo. Wtedy spacerując w malowniczym zimowym krajobrazie i patrząc na jeszcze puste i zabezpieczone wyciągi było mi naprawdę szkoda, że jazda na nartach nie wypali.

Widok z balkonu i pierwsza herbata w Schladming w takich okolicznościach. Wtedy śnieg był tylko wysoko w górach, a na dole było pięknie i zielono.
Taki widok mieliśmy schodząc z hotelu do miasteczka.
Zima na trasach zjazdowych Planai, które niestety były jeszcze zamknięte.
To był jedyny zimowy spacer w tym roku, bo w Polsce nie widziałam jeszcze nawet odrobiny śniegu. Widoki były przepiękne!

Tak wyglądało samo miasteczko Schaldming.

Hallstatt

Wystarczyło, że zobaczyłam w internecie jedno zdjęcie z Hallstatt i od razu poczułam, że to właśnie tutaj koniecznie musimy się wybrać będąc w Austrii. Trudno o bardziej malowniczy krajobraz! Bardzo łatwo jest również uchwycić pocztówkowy kadr własnym aparatem, bo to miejsce po prostu całe jest pocztówkowo piękne. Widoki na góry, jezioro oraz zabudowę miasteczka to coś co naprawdę zapiera dech w piersiach. W ogóle nie skupialiśmy się na zabytkach tylko na samym wyjątkowym otoczeniu. Pogoda tego dnia również dopisała i w pewnym momencie staliśmy na słońcu bez kurtek. Przeszliśmy sobie powoli miasteczkiem i wspięliśmy się wyżej gdzie znajdował się cmentarz. Nie byliśmy jednak w kościele z czaszkami ani pobliskiej kopalni soli. Skupiliśmy się na widokach wokół Nas.

Jedno z pierwszych spojrzeń na Hallstatt.
W HallstattSee nietrudno spotkać też łabędzie, które dodają uroku i tak pięknym kadrom.
Budynki w miasteczku mają typowo górski klimat.
Taki widok pewnie każdy kiedyś widział na tapecie lub wygaszaczu ekranu. Cudnie!

Dachstein

Prosto z Hallstatt przejechaliśmy do lodowca Dachstein, żeby przeżyć coś bardziej ekstremalnego skoro narty i górskie wycieczki nie wchodziły w grę. Dachstein to najwyższy masyw Styrii  o wysokości 2700 metrów. Jest więc wyższy od polskiego najwyższego szczytu jakim są Rysy. Na szczyt Dachstein wjechaliśmy kolejką. To był stromy wjazd, ale nie patrząc w dół odczucia wcale nie były najgorsze. Naszym celem było przejście się mostem wiszącym Dachstein Sky Walk. Już zmierzając w jego stronę towarzyszył mi dreszczyk emocji, bo bardzo wiało, w twarz uderzały nam kawałki śniegu, a my musieliśmy przejść jeszcze kawałek w dół i pod górę. Na samym moście wiatr był jeszcze większy. Było też bardzo zimno, dlatego już po kilku minutach bez rękawiczek zrezygnowałam z robienia zdjęć, bo czułam, że odmrażam sobie dłonie. Mamy zdjęcia z wiszącej platformy zrobione przez brata P., który był najwytrwalszy w fotografowaniu w takich warunkach, ale z tego wszystkiego nie uchwyciliśmy platformy z boku. Mówiąc szczerze przez warunki czułam się jakby Dachstein było co najmniej jak Mount Everest. Górska panorama to było coś zachwycającego i nie wiem czy jeszcze kiedyś będę podziwiać góry zimą z takiej wysokości. Schodząc z mostu przeszliśmy do Pałacu Lodowego gdzie warunki były dużo bardziej komfortowe – nie wiało ani nie padało. W środku pałacu znajdowały się rzeźby symbolizujące różne państwa. Była też lodowa syrenka warszawska.

Spacer po moście wiszącym to było zdecydowanie najciekawsze doświadczenie podczas całego wyjazdu.

 

Mimo zimna i dreszczyku emocji, który mi towarzyszył czułam ogromną wdzięczność, że mogę tu być i podziwiać takie widoki po raz pierwszy!
Widoki były niesamowite. Czułam się jakbyśmy zdobyli Mount Everest. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek zobaczę taki górski krajobraz.
Na tym odcinku zdecydowanie przydałyby się narty :).
Pałac lodowy na szczycie Dachstein i symbolizująca Polskę warszawska syrenka.

Saltzburg

Saltzburg to miasto kultury, które chyba wszystkim kojarzy się z Mozartem. Widzieliśmy jego pomnik, dom urodzenia oraz czekoladki z jego podobizną w każdym sklepiku. Sama przywiozłam do domu szklaną kulę z głową artysty :). Poza kulturalnym akcentem Saltzburg to także przepiękne stare miasto. Położenie nad rzeką dodaje zawsze malowniczości i uroku, ale tutaj to co najlepsze czekało na Nas na górze twierdzy Hohensaltzburg. Na początku nie bardzo mieliśmy ochotę wspinać się pod górę i płacić ponad 10 euro za wstęp, ale to dopiero tutaj zobaczyliśmy Saltzburg w pełnej krasie. Twierdza to najstarszy zachowany gród Europy. właśnie z tego miejsca zabudowania miasteczka w otoczeniu Alp robiły najlepsze wrażenie. Poza tym oglądaliśmy kilka kościołów i katedrę. Przeszliśmy też przez ogród przy pałacu Mirabelli, ale o tej porze roku nie wyglądał szczególnie. Saltzburg przypadł nam do gustu jako piękne miasto z duszą, ale stwierdziliśmy, że zdecydowanie większe wrażenie robią na nas alpejskie krajobrazy niż jakiekolwiek zabytki.

Piękna panorama Saltzburga z twierdzy Hohensaltzburg.
Saltzburg to przede wszystkim miasto urodzenia Mozarta, dlatego znajdziemy tu sporo zabytków i wydarzeń z nim związanych.

Widoki z twierdzy Hohensaltzburg.

Wiedeń

Wiedeń był moim marzeniem od kilku lat. Wpadliśmy tu dość niespodziewanie, bo dopiero z Austrii zabookowaliśmy sobie jeden nocleg w stolicy by odwiedzić ją wracając do Polski. Spacerowaliśmy miastem na luzie, choć ilość zabytków skłania raczej do pędu. Mi zależało na tym by dotrzeć do Pałacu Schönbrunn, czyli dawnej rezydencji Habsburgów kojarzonej z królową Sisi. Przeszliśmy więc zabytki w centrum wchodząc tylko do katedry św. Szczepana oraz kościoła Wotywnego i ruszyliśmy w kierunku pałacu robiąc przystanek przy Hundertwasserhaus – kolorowym domku, który jest zwykłym budynkiem mieszkalnym. Na szczęście Schönbrunn okazało się być warte dużej ilości kroków, które musieliśmy wykonać, żeby tam trafić.

Pałac został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest ogromny – w środku znajduje się aż 1441 komnat, a w jednej z nich Mozart grywał już jako dziecko. Nie wchodziliśmy do środka. Spacerowaliśmy po równie dużym ogrodzie z licznymi rzeźbami i pomnikami oraz oczywiście roślinnością, która niestety nie była aż tak widoczna. Zmierzaliśmy w kierunku Glorietty do której znowu trzeba było wspiąć się pod górę, ale właśnie stamtąd można zobaczyć panoramę Wiednia. Dzień w Wiedniu zakończyliśmy spróbowaniem oryginalnego tortu Sachera, który niestety… nie przypadł nam do gustu. Ja spodziewałam się dobrze wyczuwanej czekolady, a ciasto miało nawet lekko kwaśny smak.

W Wiedniu zaznaliśmy już trochę świątecznej atmosfery, jednak nie ruszyły jeszcze jarmarki świąteczne, które byłyby na pewno świetną atrakcją.
Katedra św. Szczepana – od niej zaczęliśmy spacer.
Przypadkowo trafiliśmy do fajnego miejsca – Hidden Kitchen Park, gdzie zamówiliśmy kawę i desery. Ja zachwyciłam się polenta earl grey cake i kurkuma latte :). To była zdecydowanie tańsza i smaczniejsza opcja niż tort Sachera :).

Pałac Schönbrunn. Z nim kojarzyłam Wiedeń i koniecznie chciałam tu dotrzeć.
Glorieta w Schönbrunn z której można podziwiać panoramę miasta.
Spełnianie marzeń jest takie fajne – aż skakaliśmy z radości.
Hundertwasserhaus – kolorowy domek jak z bajki.
Pałac Hofburg / Kolumna Morowa / Tort Sachera, a w tle ciastko zamówione przez siostrę P. Miało być jak lava cake, a okazało się suche i strasznie słodkie.

Jedzenie

Nie zostałam fanką kuchni austriackiej czego się spodziewałam, bo jest ona bardzo mięsna, a ja choć nie jestem wegetarianką to za mięsem nie przepadam. Na pewno nie kuszą mnie tradycyjne tłuste mięsa. Właśnie dlatego kiedy wybraliśmy się do typowo austriackiej restauracji to postawiłam od razu na słynny deser (zobaczyłam go w ostatniej chwili właśnie w deserach) Kaiserschmarrn, czyli omlet cesarski. Tak naprawdę chodzi o grubszy naleśnik podawany w kawałkach jak widać na zdjęciu. Reszta próbowała mięsnych przysmaków, ale nikt nie był zachwycony. Później mieliśmy okazję poznać trochę austriackiej kuchni na weselu, ale w większości jedliśmy rybę z ziemniakami i sałatką. Nowością był rosół z makaronem naleśnikowym, który mi również nie podpasował. Później stawialiśmy już raczej na dania kuchni europejskiej. Upodobaliśmy sobie jedną knajpę i wpadaliśmy tam na pizze, burgery albo pieczonego ziemniaka z dodatkami. W Saltzburgu skusiliśmy się natomiast na mały kolumbijski lokal z tacosami z mąki kukurydzianej, a w Wiedniu poza deserami, które pokazywałam powyżej sprawdziliśmy ofertę McDonald, gdzie ja testowałam vege wrapa z warzywny kotletem.

Kaiserschmarrn, czyli słynny omlet cesarski. Miałam kiedyś przetestować w domu, a w końcu zaczęłam od oryginału. Smakował mi! Do tego powidła śliwkowe na gorąco :). Jadłam go na kolację, bo szczerze mówiąc inne dania austriackie nie bardzo mnie kusiły.
Przeważnie jedliśmy w Sattler’s w Schaldming i nie były to dania typowo austriackie.

Bardzo cieszę się z tej niespodziewanej podróży do Austrii, o której dowiedzieliśmy się dopiero latem. Cieszę się, że odhaczyłam z moich marzeń podróżniczych Alpy i Wiedeń, ale zdecydowanie mam ochotę i tak wrócić tu kiedyś na narty :).